Serce tęskniło za ciepłem, spokojem, za tym, za czym tęskni każde kobiece serce. Za życiem w pasji. Za miłością. Za tym, by płynęła ona we mnie, przez mnie i by rozlewała się szerokim, ożywczym, strumieniem na mojego mężczyznę, moje dzieci, mój dom i wszystkich w około. Gdy wrzucałam suknię ślubną do ognia w noc Magicznego Sylwestra 2019 roku, patrzyłam z drżącym sercem jak trawią ją płomienie i wypowiedziałam intencję: żegnam życie na pół gwizdka i witam życie pełnią.

Przez wiele lat mojego życia dominowała w nim moja energia męska, nieustającego działania, wręcz dumy z wielozadaniowości. Budziłam się każdego ranka z pełną listą „must do”. Przez całe dnie na pełnych obrotach. Wymagająca praca, popołudniami społeczne zaangażowanie, a w domu funkcjonalny związek i dzieci, których energię ciężko było pomieszczać jadąc na oparach. Czułam się niczym chomik w kołowrotku, czułam jakby zniewolenie w tej mojej rzeczywistości. Wydawało mi się, że dbam o siebie, chodzę na jogę, zdrowo się odżywiam. Z zewnątrz wszystko wyglądało fantastycznie: dobry mąż, dobra praca, dzieci, materialny dostatek i ja zawsze miła i uśmiechnięta. A jednak coś było nie tak. Czegoś mi w tym wszystkim brakowało. Moje serce wciąż za czymś tęskniło.

Splot dodatkowych, trudnych dla mnie wydarzeń sprawił, że nagle zaczęłam doświadczać stanów lękowych, paniki i natrętnych myśli. Nieustannie towarzyszył mi wewnętrzny niepokój i rozdygotanie, mimo że „nic takiego przecież się nie dzieje”. W pracy coraz trudniej było mi się skoncentrować, oglądanie wiadomości kończyło się przyklejoną jakąś niechcianą myślą, z dziećmi byłam w trybie przetrwania. Trochę mi zajęło dojście do momentu, w którym zrozumiałam, że świat w pracy beze mnie się nie zawali, choć to „takie ważne sprawy są”. I że mogę, a nawet muszę się zatrzymać.

Ten moment zatrzymania był dla mnie punktem zwrotnym w moim życiu. Wyłączyłam się na trzy miesiące, poszłam na intensywną, 5-cio godzinną, codzienną terapię. Pozwoliła mi ona zrozumieć, że źródło lęków tkwi w przeżyciach z dzieciństwa, w latami nie wyrażanej złości, nie dbania o siebie, nie traktowania siebie samej z miłością, „bo przecież myślenie o sobie i stawianie swoich potrzeb na pierwszym miejscu to egoizm”.

Tak zaczęła się moja droga powrotu do siebie.

Chodziłam na warsztaty, pracowałam z ciałem, z emocjami, aż któregoś dnia trafiłam na ścieżkę Tantry. Moja uśpiona latami kobiecość, seksualność zaczęły się budzić. Zaczęłam coraz bardziej płynąć w moim życiu z lekkością, ufnością, odpuszczaniem. I czuć moją kobiecą moc.

Byłam wówczas w długoletnim małżeństwie, z dwójką dzieci w wieku 7 i 9 lat. Tak klasycznie „jak Pan Bóg przykazał”. Niby wszystko dobrze, ale „tej iskry bożej” brakowało. I polaryzacji między nami nie było. Dziś już wiem, że żyliśmy trochę jak dwie energie męskie obok siebie. Super partnerskie ogarnianie codzienności, ale bez seksualnych fajerwerków. A byłam wówczas przed 40-tką i był we mnie jakiś taki głęboki smutek. Nie raz wyobrażałam sobie, że gdyby przyszło mi w tej chwili umrzeć, to leżąc na łożu śmierci i patrząc na moje życie wstecz, czułabym, że w tej sferze mego życia nie zaznałam rozkwitu.  

Do tego stopnia mnie to uwierało, że płynąc na terapeutyczniej fali, zawitałam do seksuologa. „Bo może jednak to ze mną coś jest nie tak?”. Na pierwszej wizycie usłyszałam pół żartem, pół serio „proszę zmienić partnera”. Oburzyłam się na te słowa, bo jak to. Ja, z moimi przekonaniami, że dla dzieci mama i tata razem jest niesłychanie ważne, że ja „taka święta”, tu mąż (pierwszy i jedyny mój partner seksualny), obrączka, „na dobre i na złe”, a on tu takie rzeczy wygaduje.

Dwa miesiące później na festiwalu Tantry w Kawkowie poznałam M. Już po pierwszych jego słowach w kręgu „rodzinki” poczułam: „ten facet mnie rozumie!”. I to poczucie bratnich dusz, które nadają na tych samych falach. Z każdym dniem, z każdym kontaktem odkrywałam, że drzemią w nas te same tęsknoty dusz, serc i ciał. To samo pragnienie powrotu do esencji właściwej ciałom, w których przyszliśmy na świat, ja – kobiecości, a M. – męskości. Ta sama pasja do odkrywania, rozkminiania, wnikania głębiej, do życia w ciszy, spokoju i radości, podążania za entuzjazmem. Podróżowania. Życia w społeczności. To przyciąganie było silniejsze ode mnie. A ja po prostu się temu głosowi we mnie poddałam, pozwoliłam mu się prowadzić.

Podróż przez życie u boku M. jest dla mnie doświadczeniem, które ciężko mi oddać słowami. To doświadczanie chwil, w których doznaję poczucia świętości. To wszystko, o czym przez tyle lat słyszałam w Kościele, o sakramentach, świętości małżeństwa, itd., co moja głowa próbowała zrozumieć, praktykować, teraz przychodzi do mnie poprzez ciało, odczuwanie całą sobą. To chwile misterium. Przepływu miłości, boskości w nas.

Będąc w takim stanie połączenia ze sobą, z M., ze Wszystkim Co Jest, rzeczy „same” się układały. Włącznie z moim największym tematem „co z dziećmi?”. Po 12-u latach w małżeństwie i 20-u w związku rozstałam się z mężem. Po 16 latach pracy w Ministerstwie złożyłam wypowiedzenie. To był jeden z najradośniejszych momentów w moim życiu. Podjęłam decyzję o podarowaniu sobie roku przerwy od wszystkiego, taki „gap year” od pracy, wszelkich zobowiązań, i „must do”. Czułam swoją moc i ufność, że Wszechświat da mi wszystko, czego potrzebuję. Podążałam za głosem serca i robiłam tylko to, czego pragnęłam w danej chwili, w myśl „nic nie muszę, wszystko mogę”. Gdy zapragnęłam wyjechać, wyjeżdżałam. Gdy chciałam leżeć w łóżku cały dzień, leżałam. Gdy ciągnęło mnie do lasu, szłam poczuć ziemię pod bosymi stopami. W każdej chwili podążałam za tym, na co czułam największą ekscytację. Tańczyłam, śpiewałam, ale i wylewałam tony łez. A każda kropla oczyszczała moje serce ze smutku i otwierała je na czucie.

Z M. podróżowaliśmy. Naszym „mini camperem”, Nissanem, w którym M. uszykował platformę do spania. Było w nas pragnienie minimalizmu. Prowadzeni zaufaniem do naszej intuicji, docieraliśmy w przepiękne, dzikie miejsca w Naturze. Dźwięki śpiewu same ze mnie wypływały. Radość i zachwyt zaczęły przepełniać moje serce. Obfitość przychodzić pod przeróżnymi postaciami. A to za każdym razem gdy wyjeżdżaliśmy, ktoś gościł u nas w domu na AirBnB, a to na kobiecym warsztacie „Dzika i Mądra” któraś z kobiet obdarowała sukienkami, a to ktoś nas ugościł w ekospołeczności a my w zamian mogliśmy ugotować coś smakowitego z warzyw z ogrodu permakulturowego. Taka nieustająca wymiana, którą kochamy.

Dziś, z perspektywy czasu czuję wdzięczność za te lęki i ataki paniki. Dzięki nim zrozumiałam, że życie jakie wiodłam mi nie służyło, że nie żyłam w zgodzie z tym, do czego wyrywało się moje serce i dusza. A one pragnęły czuć miłość, wolność, przepływ energii, podążać za moim powołaniem, tym, co mnie uskrzydla i napełnia. I tak też się stało.

Dzielę się moją historią. Głębia doświadczeń i życie które wiodę odczuwam niczym marzenia codziennością. Wiem, że każdy może również być w takim stanie. Dlatego zapraszam do osobistego kontaktu, do naszych wydarzeń, podczas których dzielimy się naszą drogą do życia w radości, miłości, seksualności, obfitości i boskości. Do życia pełnią.

Ewa